zonka warszawska3

Żonka warszawska

Opinia jest jak dupa i ma ją każdy, dlatego z góry przepraszam każdego, kogo ten tekst może urazić. Napisałam go korzystając z własnych doświadczeń i obserwacji. Bohaterką tej opowieści jest „żonka warszawska”, ta dawna i ta współczesna.

Duże miasta zwykle nie zasypiają i to jest coś co bardzo mi się podoba. Warszawa nigdy nie zasypia, ludzie pracują w ekstremalnych dla innych godzinach, wydaje się, że rytm życia wyznaczany jest tu ambicjami, a nie możliwościami ludzkiego organizmu.

Wśród ludzi ambitnych, bezkompromisowych, wszelkiego typu karierowiczów i spryciarzy, istnieje jednak kasta zasługująca na szczególną uwagę, kasta ciesząca się wszelkimi przyjemnościami życia, ale nie płacąca za nic, nie pracująca i w najwyższym stopniu nieodpowiedzialna.

Kastę tę tworzą „żonki warszawskie”. Kobiety te zwykle mają ambitnych i pracowitych mężów, którzy zarabiają tak wiele, że ich żony nie tylko nie muszą myśleć o pracy, ale nawet trudzić się myśleniem. Ambitny i pracowity mąż robi absolutnie wszystko, często łącznie z załatwianiem swoich potrzeb intymnych we własnym zakresie. Jeśli gdziekolwiek istnieje świat żywych Barbie, jest to świat „żonek warszawskich”.

Pierwszy kontakt z tą elitarną kastą miałam wiele lat temu, gdy odwiedzałam rodzinę w Warszawie.Choć byłam nastolatką, tryb życia mojej matki chrzestnej, która była właśnie jedną z takich „żonek”, nie wydawał mi się zupełnie normalny. Ciotka – bo tak ją nazywałam, po wyjściu za mąż urodziła dwójkę dzieci. Na tym najwyraźniej zakończyły się jej obowiązki żony, reszta życia miała być rekompensatą za trudy porodu. Peggy Bundy chwaliła się, że żyje w chlewie, nie sprząta i nie gotuje. Biedna Peggy nie zaznała jednak prawdziwego luksusu „żonki warszawskiej”.

Moja ciotka budziła się o godzinie 10 przed południem, nie robiła makijażu, nie stroiła się. „Żonki warszawskie” nie muszą tego robić, naturalność oznacza wysoki poziom inteligencji w tym światku. Kiedy już się obudziła pijała kawę i paliła papierosy. Jakoś przetrwała do godziny 12 w południe, kiedy to otwierano pierwszą osiedlową kawiarnię. Kawiarnia była czynna od 12 do 22 i oprócz kawy i ciasta, serwowała także obiady. Ciotka zwykle spędzała cały dzień w kawiarni, zamawiając zgodnie ze zmieniającą się porą dnia: kawę, obiad, deser, podwieczorek, wino, ciasto, kolację, ponownie wino, kawę, wodę. Nie byłam w stanie towarzyszyć jej w tym codziennym rytuale, bo byłam nastolatką i takie siedzenie w kawiarni strasznie mnie nudziło.

Na szczęście ciotka nie zostawała sama, przychodziły jej koleżanki, była też moja mama, która na czas wakacji zawieszała obowiązki matki na kołku i cieszyła się życiem „żonki warszawskiej”. Dla mojej mamy to także było kosmiczne przeżycie. Kiedy o 22 zamykano kawiarnię ciotka wracała do domu. Wypijała kolejną kawę, położyła dzieci spać, a o 23 wychodziła do koleżanki. Zwykle wracała do domu około 4 nad ranem. Co w tym czasie robiła reszta rodziny?

Mąż ciotki w przeciwieństwie do Ala Bundego był człowiekiem sukcesu. Nie tylko zarabiał na każdy kaprys żony i dzieci. Wychodził z domu o 6 rano. Robił zakupy, później wychodził do pracy. W porze obiadowej wracał do domu. Gotował obiad, podawał obiad, zmywał naczynia, sprzątał mieszkanie. Po zakończeniu obiadu wracał ponownie do pracy. Z pracy wracał około godziny 20. Robił kolację, zmywał naczynia, przygotowywał dzieci do snu. Wszystko to robił ze spokojem i pogodą ducha. Nigdy nie słyszałam żeby ciotka kłóciła się z mężem. On nigdy nie podniósł na nią głosu, ona nie podnosiła głosu na niego. Nikt też nie krzyczał na dzieci, a były to moim zdaniem wyjątkowo niewychowane i wredne bachory. Moja mama trzymała się od nich z daleka od czasu gdy złapały jej torebkę i wyrzuciły przez balkon. Jakoś nie potrafiła zobaczyć w tych dzieciach „słodziaków”.

Ciotka nie była ładna, nie była też super inteligentna i zadbana. Nigdy nie zdecydowałaby się na jakieś zabiegi medycyny estetycznej, stawiała na naturalność. Nie obawiała się wszystkich pięknych kobiet obok niej, nie bała się, że jej mąż ją zdradzi lub opuści. Do tej pory są małżeństwem, choć nie mam pojęcia na czym polega ich sekret.

Dziś minęło już wiele lat od czasu gdy odwiedzałam ciotkę, ale z tego co widzę kasta „żonek warszawskich” ma się całkiem dobrze, tyle że pojawiły się nowe reguły. W dalszym ciągu żonka warszawska nie ściga się z pięknymi kobietami wokół jej męża, w dalszym ciągu członkini tej kasty nie posiada żadnych domowych obowiązków. Brakuje jednak tego luzu, który sprawiał, że choć kobiety, jak moja ciotka, mogły wydawać się bezużyteczne, tworzyły pewną kulturę. Nigdy w ich towarzystwie nie słyszałam plotek, nie oceniały innych ludzi, miały podziwu godny luźny stosunek do życia, dlatego nie spinały się, na myśl, że na osiedlu pojawiła się nowa „żonka”. Nie były skąpe. Nie liczyły każdej złotówki. Przysługi były wynagradzane. Dawniejsze „żonki warszawskie”, choć same nie miały zbyt wielu obowiązków, wiedziały dobrze, że na tym świecie jedną z najcenniejszych rzeczy jest czas, więc jeśli ktoś poświęcał im czas i robił coś dla nich, znaczyło to, że należy tę osobę wynagrodzić. Jeśli był to pracownik, płaciło się mu dobrze za wykonaną pracę. Jeśli był to znajomy, otrzymywał prezent, zaproszenie w jakieś ciekawe miejsce, albo inny drobiazg. Ważne żeby ten, kto wyświadczał grzeczność poczuł, że ta grzeczność została doceniona.

Współczesne „żonki warszawskie” to te żonki „słoikowe”. Ambitne, wymagające, kiedyś robiące karierę, dziś chwalące się dziećmi, które wysyłają do elitarnych szkół, już wtedy gdy dziecko ukończy 2 lata. Absolutnie nie dlatego, że chcą mieć więcej czasu dla siebie, o nie. One po prostu chcą zapewnić dziecku jak najlepszy start socjalny. Nauczyć je jak żyć w społeczeństwie i odnosić sukcesy. Ponieważ współczesna „żonka” ma tak samo wielki zapał do pracy jak ta dawniejsza, nie chce jej się tracić życia na odrabianie z dziećmi lekcji. Dawniejsza po prostu zignorowała temat i pozwoliła dziecku osiągać mniejsze sukcesy w nauce. Współczesna nie może sobie na to pozwolić, dziecko to jedna z jej wizytówek. Problem wolnego czasu załatwia sobie inaczej. Wrogiem jest nauczyciel, który zadaje zadania domowe. Trzeba więc uświadomić takiemu nic nie znaczącemu osobnikowi, że torturuje dzieci. A najlepiej znaleźć jakiś przepis o męczeniu dzieci, a jak nie ma, to go stworzyć. Jeśli dziecko nie jest w stanie nauczyć się płynnie czytać i pisać poprawnie, zawsze można załatwić to zaświadczeniami lekarskimi. Dziś nie można dziecku obniżać stopnia, za to, że ma dysleksję. Nie żyjemy w średniowieczu.

Jednym z najważniejszych zmian w „żonkach warszawskich” jest upodobanie do plotek i oceniania innych. To nie są kobiety z dużego miasta. Zwykle przyjechały do stolicy z jakiegoś małego miasteczka lub ze wsi. W takich miejscach plotka jest ważna. Trudno więc zerwać z przyzwyczajeniem do obmawiania bliźnich. Dzisiejsza „żonka warszawska” nawet w koszu marketowym sąsiadki dojrzy zło, które należy poddać krytyce. Dlaczego sąsiadka kupuje przyprawione mięso na grill? Dlaczego zamiast kupować buraki eko za 99 złotych za kilogram, kupuje buraka za 1,99? Nie dba o zdrowie rodziny. Najwyraźniej chce wykończyć męża i dzieci, albo zamienić ich w mutantów z nadmierną ilością kończyn.

Drugą ważną zmianą jest stosunek do pracowników oraz przysług wyświadczanych przez znajomych. Według współczesnej „żonki warszawskiej” świat został stworzony dla niej i inni powinni płacić za możliwość obracania się w jej towarzystwie. Jest to także spadek po małomiasteczkowej i wiejskiej bogatej pani. Współczesna „żonka warszawska” nie ma obiekcji przed nie płaceniem za wykonaną pracę, ma za to wiele do powiedzenia o jakości tejże pracy. Nic się jej nie podoba i nic nie jest tak dobre jak ona na to zasługuje. Nie można się więc dziwić temu, że zwykle biedaczka pada ofiarą złośliwości i to właśnie w jej domu pojawiają się niepokojące zapachy zgniłych jaj, pochodzące z niewiadomego miejsca. To jej przemarzają ściany pod oknami, choć przecież wszystko ma nowe. To nowa „żonka” tracąc pozycję i pieniądze traci także znajomych i przyjaciół. Nie dlatego, że wszyscy byli źli. Ona wybierała takich, których mogła nie szanować, sama też nie była szanowana.

Szczerze mówiąc o wiele zabawniejsza i ciekawsza było dawna „żonka warszawska” od tej współczesnej. Współczesna żyje jakby stale ściśnięta gorsetem pozycji. Dawniej nikt nie poświęcał zbyt wiele czasu na rozważania na temat swojej pozycji w społeczeństwie. Dziś „żonka warszawska” jest niemal jak starsza pani z przedmieścia, myśląca bez przerwy o tym „co ludzie powiedzą” i o tym jak zająć wysoką pozycję w lokalnej społeczności.

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *