Ostatni stos w Polsce

Początków procesów domniemanych czarownic i czarowników szukać należy w okresie późnego średniowiecza

Na stosie – tak zwykle kończyli nieszczęśnicy posądzeni o uprawianie czarów i głoszenie herezji. Nieszczęśnicy, gdyż zazwyczaj w ogniu przez zawiść, zazdrość czy też chęć zemsty ginęli, często na podstawie fałszywych oskarżeń i spreparowanych dowodów, niewinni ludzie.



Początków procesów domniemanych czarownic i czarowników szukać należy w okresie późnego średniowiecza, kiedy to Kościół katolicki postanowił w okrutny sposób rozprawić się z każdym najmniejszych przejawem magicznych praktyk. Tak zwane polowania na czarownice, nie ominęły również państwa polskiego.



Początkowo „łowy” na czarownice odbywały się na Pomorzu, Śląsku i w Wielkopolsce, by w krótkim czasie rozprzestrzenić się na cały kraj.

 



Miejscem, w którym
zapłonął prawdopodobnie ostatni stos w Polsce i – jak wynika ze źródeł historycznych – jeden z ostatnich w Europie, okrzyknięto Doruchów. To właśnie w tej małej miejscowości, położonej niedaleko Ostrzeszowa (województwo wielkopolskie), 230 lat temu rozegrał się dramat 14 kobiet, posądzonych o rzucanie czarów.



Wszystko zaczęło się od bólu w palcu żony jednego z trzech ówczesnych dziedziców Doruchowa, niejakiego Stokowskiego. Kobietę – przypuszczanie w wyniku zakażenia – rozbolał palec. Zaczęły jej się także skręcać włosy na głowie w tak zwany kołtun, co wynikało najprawdopodobniej z zaniedbania podstawowych czynności higienicznych. Przyczyniło się to do zachorowania dziedziczki na chorobę zwaną wówczas postrzałem. Wezwana znachorka już od progu zaczęła krzyczeć, że „cioty” (czyli czarownice” „zadały kołtuna, a Dobra najpierwsza”.



Rozpoczęto poszukiwania owych czarownic. Znaleziono je wśród mieszkanek Doruchowa i okolicznych wiosek. Na jedną z rzekomych czarownic, podejrzenie padło tylko dlatego, że dobrze jej się powodziło (można wnioskować, że za dobrze jak na ówczesne realia). Jako następną wytypowano wdowę, której niedawno umarła córka. Stwierdzono, że dziecko zmarło po zadaniu czarów przez matkę. Kolejną wskazaną była dziewczyna, która pasała bydło we dworze. Dla zabawy puszczała liście na wietrze, a potem je przydeptywała , twierdząc, że to myszy. W ciągu jednej nocy pojmano siedem kobiet i zamknięto w spichlerzu. Niedługo potem dowieziono kolejnych siedem. Wszystkim postawiono zarzut spółkowania z diabłem, z którym miały się z nim spotykać na Łysej Górze.



W sprawie nieszczęsnych niewiast wstawił się miejscowy proboszcz, ksiądz Józef Możdżanowski. Kiedy nic nie wskórał u dziedzica, postanowił udać się do samego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Na działania proboszcza dziedzic zareagował przyspieszeniem procesu, który odbywał się w majestacie prawa. Prowadząc przesłuchania wzorowano się na instrukcji przygotowanej na zamówienie papieża Innocentego VIII. Najpierw była próba wody, będąca pozostałością średniowiecznych ordaliów. Kobiety związano powrozem i zanurzano w stawie. Jeśli przez dwie minuty utrzymały się na wodzie, oznaczało to, że są czarownicami. Wierzono bowiem, że czarownice nie toną, ponieważ czysta woda je odrzuca. Żadna z podejrzanych nie utonęła.



Po pokonaniu „próby wody”, rzekome czarownice wsadzono do drewnianych beczek, w których spędziły kilka dni. Sprowadzono kata, sąd z Grabowa oraz kilku zakonników. Wiadomo, że kobiety miały związane ręce od tyłu i wysunięte przez otwór w beczce, tak aby nie mogły się ruszać. Pętle było mocno zaciśnięte, by sprawić dodatkowy ból. Ponadto podejrzane o czary były także rozciągane na dużym kole od wozu. Trzy z nich nie przeżyły, a pozostałe nie miały możliwości nie przyznać się do konszachtów z szatanem, zostały więc decyzją sądu skazane na śmierć przez spalenie na stosie. Wspomnieć należy, że przesłuchania starano się przeprowadzać w taki sposób, by każda odpowiedź obciążała oskarżoną.



Brutalny wyrok wykonano 15 sierpnia 1775 roku, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Asystowało przy nim trzech księży zakonnych. Był to prawdopodobnie ostatni stos, który zapłonął w Polsce. Spłonęło na nim jedenaście niewinnych kobiet. Co ciekawe, także w 1775 roku w Niemczech odbył się ostatni proces o czary.



Historia rzekomych czarownic została opisana w 1835 roku przez wydawanego w Lesznie „Przyjaciela Ludu”. Autorem wspomnień miał być naoczny, anonimowy świadek tortur i spalenia czternastu niewiast. Jednak jego relację podważają historycy. Według Janusza Tazbira cała relacja to po prostu f
ikcja. Tazbir ustalił nawet, iż autorem wspomnień był dziennikarz i literat Konstanty Majeranowski, który wręcz specjalizował się w preparowaniu tego typu historii.




Według dr. Małgorzaty Polaszek, w archiwalnych dokumentach nie ma mowy o procesie z 1775 roku. Owszem – proces miał się odbyć, ale osiem lat później, w 1783 roku i miano na nim stracić sześć, nie czternaście czarownic. Wyrok był jednak niezgodny z obowiązującym prawem i ukarano za to doruchowskich sędziów.
Stało się tak dlatego, że w 1776 roku, Sejm zabronił sądom miejskim rozpatrywania procesów o czary oraz nie zgodził się, by jakakolwiek władza wydawała wyroki skazujące. Według doruchowian to właśnie tamtejszy proces i osobista wizyta miejscowego plebana u króla, miały wpłynąć na decyzję Sejmu.



Doruchów jest często porównywany do słynnego amerykańskiego miasteczka Salem w stanie Massachusetts, gdzie zimą 1692 roku, w wyniku procesu o uprawianie magii, powieszono dziewiętnaście niewinnych kobiet.
Nie przyznały się one do winy. Dodatkowo mężczyznę odmawiającego zeznań na temat kobiet zamęczono na śmierć.



Warto dodać, że procesy o czary przynosiły miastom i wsiom straty finansowe. 29 stycznia 1611 roku w księgach miejskich Poznania pierwszy raz czytamy o wydatkach związanych ze spaleniem czarownicy. Nieznany skryba odnotował, że na nową koszulę dla mającej za chwilę spłonąć czarownicy miasto wydało 18 groszy. W najgorętszym okresie XVI i XVII wieku w Poznaniu historycy doliczyli się aż 40 kobiet, który miały parać się magią. Pierwszy stos w Poznaniu miał zapłonąć w 1511 roku. Wyrok zapadł za psucie piwa piwowarom.



Historia o spalonych czarownicach jest wciąż żywa wśród mieszkańców Doruchowa, a o samym wydarzeniu przypomina przydrożny krzyż, z niewielką tabliczką upamiętniającą niewinne ofiary pomówienia o uprawianie czarów. Z okazji 230 rocznicy procesu 28 sierpnia w Doruchowie odbyło się po raz pierwszy od 20 lat widowisko plenerowo–historyczne „Pożegnanie z Diabłem i Czarownicą”. Tym razem w poszczególne role dawnych mieszkańców Doruchowa wcieliło się 35 uczniów z doruchowskiego i ostrzeszowskiego gimnazjum.




O czarownicach w Doruchowie nie daje także zapomnieć tajemniczy komitet, który co jakiś czas rozsyła listy do mieszkańców Doruchowa ze swoimi postulatami. W 2005 roku komitet domagał się, aby nazwać jedną z ulic imieniem 14 czarownic. Inny pomysł mówi o wybudowania w Doruchowie Muzeum Czarownic. Powstał już nawet projekt, który wykonał warszawia
k – Jacek Kończak. Z kolei regionalista, Jacek Makles, w pobliżu miejsca kaźni widziałby okazały pomnik. Czy projekty te zostaną zrealizowane? Czas pokaże.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

17 − 7 =

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.