Fashion elegant woman posing with sexy red lips holding cinema clap. Super star model shot. Happy smiling girl.

Dlaczego chodzenie na polskie filmy uważam za stratę czasu?

Kocham kino i dlatego jestem w stanie naprawdę wiele wycierpieć, nigdy nie wychodzę z seansów, nie porzucam rozpoczętego filmu, nawet jeśli nie jest on rozrywką, męczę się do końca. Jednak robię się coraz starsza, a na wielu polskich filmach czuję, że starzeję się jeszcze szybciej i te 2 godziny czasu, mojego cennego czasu, to jednak dużo. Tym bardziej, że śmierć może nadejść w każdej chwili. Właśnie o śmierci nieustannie myślę, w czasie seansów takich filmów, jak „Zjednoczone stany miłości” Tomasza Wasilewskiego.

Powiedzieć, że ten film jest trudny, to mało. Nie jestem krytykiem, nie będę więc oceniała jego artyzmu, czy też braku artyzmu. Filmy są dla ludzi, nie muszą to być komedie, nie muszą mieć happy endu, ale powinny być jak rzeka, w którą zanurzasz się z przyjemnością i chcesz więcej. Po wyjściu z niej czujesz ją jeszcze na swojej skórze. Tymczasem film Tomasza Wasilewskiego był dla mnie jak praca w kopalni. Nie chcę obrażać górników, którzy mają naprawdę ciężką pracę, ale ten film jest naprawdę męczący.

Jeśli ktoś nie pamięta realiów lat 90., a autor scenariusza i zarazem reżyser „Zjednoczonych stanów…”, chyba jednak tego nie pamięta, to może nakreślę przez chwilę tło tamtych czasów. Lata 90. to nie był czas, w którym zmieniała się nasza (polska) obyczajowość. To czas kiedy zmieniał się nasz poziom życia. Pojawiły się nowe sklepy, nowe neony, nowe latarnie. Pojawiły się nowe smaki i pokusy, ale… dla podniebienia. Przywykło się myśleć, że w czasach PRL-u Polska była „1000 lat za murzynami”. Była siermiężna i kołchoźnicza, a kobiety musowo chodziły w chustkach na głowach i nie używały nawet szminki. Otóż nie. Tak nie było. Polki zawsze były wyzwolone i świadome własnej wartości. Wystarczy popatrzeć na popularne aktorki, czy piosenkarki tamtych czasów. W latach 70. w ogóle nie było zamordyzmu obyczajowego, ale nie było też łatwego dostępu do prezerwatyw, więc jeśli ktoś „wpadł” wypadało związek zalegalizować. W czasach PRL-u rzadziej chodziło się do lekarza w sprawach związanych z seksem, jednak była możliwość aborcji i wstawienia spiralki. Kobiety takie jak Agnieszka Osiecka, czy Kalina Jędrusik pokazały, że można mieć kochanków, a jednak w dalszym ciągu pozostaje się „szanowaną kobietą”. Kobiety w czasach PRL-u miały kochanków, miały ich czasem wielu, miały też… kochanki. To ostatnie mogłoby pewnie zaskoczyć Tomasza Wasilewskiego. Socjalizm promował wolność seksualną, a nie wierność małżeńską. Siłą rzeczy dylematy moralne, zdradzać, czy nie zdradzać, były zawsze. Zawsze około 1% społeczeństwa jest orientacji homoseksualnej i to czy się ujawni ten fakt czy nie, zależy od tej osoby. Jeśli osoba o orientacji homoseksualnej prowadzi życie erotyczne, wie o tym sporo osób, bo tak jest zawsze. Życie erotyczne homoseksualne czy heteroseksualne zawsze budzi zainteresowanie sąsiadów. Nie można powiedzieć, że kochankowie nie są obserwowani i oceniani. Zostawisz swój samochód przed domem koleżanki, a masz 100% pewności, że jakiś jej sąsiad zapyta ją jutro kto do niej przyjechał i dlaczego był tak długo?

Problemy jakie mają bohaterki „Zjednoczonych stanów miłości” są więc problemami, które kobiety miały zawsze i które będą miały zawsze. Nawet dziś nie ma przyzwolenia na obnoszenie się z kochankiem, który na dodatek jest żonaty. Jeśli kobieta ma kochanka lub kochankę, nie przedstawia jego lub jej rodzinie. Smutne ale prawdziwe i zawsze tak było. Wiążąc się z kimś czasem zakładamy, że to będzie tylko kochanek lub kochanka. Nikt więcej. Można powiedzieć, że w świetle dnia wstydzimy się takiej osoby, ale nocą jakoś nam nie przeszkadza, że jest ona nieodpowiednia. Nic nowego nie zmieniło się w tym względzie od lat 40. Dawniej (przed rokiem 1945) kobieta, która była wdową, mogła pozwolić sobie na znacznie więcej swobody seksualnej niż dziś. Dziś wdowa jest pod szczególnym nadzorem ludzi, którzy już pogrzebali jej życie intymne. Jednak czy o tym jest film „Zjednoczone stany miłość”? Nie. To film, który pokazuje problemy uczuciowe kobiet, te problemy w założeniu autora filmu w latach 90. były problemami nowymi. Takie postawienie sprawy ubliża mojej inteligencji.

Nie wiem czy autor filmu chciał zdenerwować widza, czy chciał mu dać porcję rozrywki? Czy film jest dla gimnazjalistów lub licealistów, dla których lata 90. są jak opowieść science fiction? Może Tomasz Wasilewski nie zakłada w ogóle, że jeszcze żyją ludzie pamiętający lata 90.?

Add a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *