Moje nowe życie

Czwarta rano, budzik w telefonie brzęczy, jakoś tak o tej porze chyba głośniej niż normalnie. Pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy włączyć drzemkę (jak to zwykle bywa). Już prawie przesuwam palcem po ekranie w prawą stronę na ikonkę zzz....

Czwarta rano, budzik w telefonie brzęczy, jakoś tak o tej porze chyba głośniej niż normalnie. Pierwsza myśl jaka przychodzi mi do głowy włączyć drzemkę (jak to zwykle bywa). Już prawie przesuwam palcem po ekranie w prawą stronę na ikonkę zzz…. i w tym momencie mój mózg strzela do mnie znienacka: Hej, pamiętasz, dziś jest pierwszy dzień z reszty Twojego życia!!! Sam sobie tą datę wyznaczyłeś. (to ta lepsza część umysłu, zmotywowana do osiągnięcia wyznaczonego wcześniej celu).

Palec pod wpływem tego głosu rozsądku powędrował w lewo wyłączając budzik na dobre. Happy end? Nic z tych rzeczy. W tym właśnie momencie do głosu dochodzi ta druga część umysłu (każdy z nas ma takiego kogoś w sobie, który nie lubi zmian i gdy tylko one zaczynają się dziać podejmuje ruchy destrukcyjne): Co w tym dniu takiego szczególnego? Data w kalendarzu jak wiele przed nim i wiele następnych. Jest wcześnie rano, na dworze jeszcze szaruga, po co będziesz wstawał, przestaw sobie budzik i jeszcze pokimaj, nic się nie stanie jeśli zaczniesz godzinkę czy dwie później. (też tak masz drogi czytelniku?) No cóż destruktorze mój (własny, osobisty) – NIE TYM RAZEM ! Nie po to przez ostatnich kilkanaście dni przygotowywałem sobie plan działania, nie po to przez ostatnich kilkanaście dni wyznaczałem sobie malutkie cele na każdy dzień kolejnych 4 tygodni, nie po to przez te kilkanaście dni się motywowałem do zmiany, żeby teraz jednym pociągnięciem palca to zniweczyć.

Tak więc mimo wczesnej pory wstaję (nie jest łatwo, destruktor wciąż kusi ciepełkiem kołderki i beztroskim wylegiwaniem się), rozpoczynam dzień zmiany. Mycie, ubieranie się, i o godzinie 4:15 zatapiam się w literaturze (tak, to w zasadzie jedyna spokojna pora kiedy mogę sobie w ciszy poczytać to i owo). Tak zlatuje godzina i o 5:15 łapię swoje nowe kije do nordic walking’u i wychodzę na dwór.

Przed ruszeniem w drogę pierwsza obowiązkowa rozgrzewka. Pięć minut później wyruszam w trasę. Idę znajomymi sobie ulicami, ścieżkami i drogami, jednak niby są znajome, o tej porze wyludnione i spokojne wyglądają zgoła inaczej niż je pamiętam jeszcze z wczoraj. O tym, że to te same rewiry, które mijałem wczoraj przypominają chyba tylko ujadające w tych samych miejscach i w ten sam sposób psy pilnujące posesji swych właścicieli. Jest dość chłodno, niby maj, termometr pokazuje 12 stopni, ale zawiewa jakiś taki mało przyjemny wiatr. Maszeruję jednak twardo, skupiam się głównie na ćwiczeniu poprawnego kroku (muszę mieć efekty, także spacer „moherowym” tempem i tym bardziej krokiem nie wchodzi w grę). Tak więc staram się jak mogę, żeby poruszać kończynami naprzemiennie, w jak największym zakresie ich ruchomości, na początku pewnie wyglądałem dość niezdarnie, ale z każdym krokiem coraz mniej uwagi muszę poświęcać prawidłowości ich wykonywania. Sprawdzam sobie na krokomierzu ile przeszedłem. 300, 800 metrów, 2 km. Po ok 3,5 kilometrach dotarłem z powrotem do domu.

Może to i nie dużo, jednak jak na pierwszy raz wydaje mi się wystarczające. Jest 6:15, czas zacząć się przygotowywać do rutyny dnia codziennego, ale ta też będzie podlegała zmianom. O tym napiszę następnym razem.

fot.PublicDomainPictures

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.