Warszawa subiektywnie

Warszawa, stolica nasza kochana. Grzechem byłoby jej nie zwiedzić, poznać historii, zobaczyć choć raz najważniejsze miejsca, najpiękniejsze zabytki. Wybrałam się i ja wraz z rodziną do serca Polski – Warszawy. Pokazać i zobaczyć miasto, w którym życie toczy się innym rytmem niż w moim małym miasteczku.

Warszawa, stolica nasza kochana. Grzechem byłoby jej nie zwiedzić, poznać historii, zobaczyć choć raz najważniejsze miejsca, najpiękniejsze zabytki. Wybrałam się i ja wraz z rodziną do serca Polski – Warszawy. Pokazać i zobaczyć miasto, w którym życie toczy się innym rytmem niż w moim małym miasteczku.

Już na obrzeżach Warszawy utknęliśmy w korku. Mozolna, nudna jazda, a dookoła nic ciekawego. Nerwowe trąbienie innych kierowców, niecenzuralne gesty wprawiły nas w zły nastrój. Ponadto smród spalin i konieczność ciągłej koncentracji, żeby nie zabłądzić przyprawiły nas o ból głowy.

W końcu udało się. Po ponad godzinie dojechaliśmy do centrum. Ogólny entuzjazm, bo będziemy zwiedzać. Jeszcze tylko zaparkujemy i w miasto. No i zaczęło się od nowa. Nerwy, krążenie w kółko, wypatrywanie. Miejsc parkingowych brak, płatnych, bo o bezpłatnych można pomarzyć w tej dżungli. Tu zakaz, tam nakaz. Tablice informacyjne dłuższe od Dekalogu. Trzeba przejść kurs szybkiego czytania, żeby się z nimi zapoznać. Zrzucanie winy jednego na drugiego. Czyj to był pomysł, żeby przyjeżdżać samochodem, żeby w ogóle tu przyjeżdżać i po co? Nareszcie jest. Jedno, jedyne upolowane cudem miejsce parkingowe. Ale kolejna godzina uciekła w nerwowej atmosferze. To nic nadrobimy.

Punkt pierwszy Zamek Królewski i Starówka. Godziny przedpołudniowe, więc tłumu nie powinno być. A jednak. Czułam się jak na Wieży Babel. Głośne rozmowy w różnych językach, piskliwy śmiech, zaczepki natrętnych osób reklamujących restauracje, puby. Ani chwili ciszy, możliwości skupienia uwagi na pięknych zabytkach. Szum, gwar, potrącanie przez przechodniów. Jak nie żebrak to mim. Daj złotówkę! Rzuć monetę! Zażenowanie. Koszmar. Dzięki temu Stare Miasto zwiedziliśmy prawie z prędkością światła. Szczerze, to prawie nic z tego nie pamiętam.

Rozreklamowane Planetarium Mikołaja Kopernika to następny nasz cel. Oczywiście idziemy pieszo, bo jak opuścimy „upolowane” miejsce parkingowe, to na pewno za chwilę ktoś się tam wbije. I szansy powrotu nie ma. Droga dość długa, męcząca ale na twarzach sztuczny uśmiech. Żeby nie psuć jedno drugiemu nastroju. W końcu jest nasz cel. Ogromny, zachwycający gmach. Wyobraźnia podpowiada jak tam będzie fajnie. Tylko bilety i będą atrakcje. Magiczne drzwi i moja kompromitacja. Szarpię, naciskam, podnoszę i nic. Zachodząc się ze śmiechu poczekałam aż ktoś je otworzy. A w środku następna niespodzianka. Kolejka do kasy jak w czasach PRL po kiełbasę. Wszyscy usiedli zmęczeni, tylko ja, pełna wigoru miałam siłę czekać po przepustkę do innego świata. Mozolnie dobrnęłam do kasy i szok. Pokazów 4D, a na takie przyszliśmy, w dniu dzisiejszym nie ma. I co? I nic. Zostało albo 3D albo wyjść i zamaszyście trzasnąć za sobą drzwiami. Zostaliśmy. Jedyna moja szansa na chwilę odpoczynku. Rewelacji nie było ale odsapnęłam.

Gdzie teraz? Obiad. Wszyscy głodni. Pierwsza z brzegu knajpa. Nie jakiś luksus. Taka zwykła a ceny z kosmosu. Nie wiedziałam, czy może jeszcze jestem w innym świecie, czy aż tak jestem zacofana. Zupa – 20 zł; schabowy z dodatkami w promocyjnej cenie – jedyne 38 zł. To wszystko razy cztery – bankructwo. Tak tylko sobie pomyślałam ile może ważyć kotlet za takie pieniądze, gdy 1 kg schabu kosztuje ok. 20 zł?

Jedyne rozsądne wyjście to pizzeria. Znaleźliśmy. Smaczna, niedroga i miejsce ciche i miłe. Zmęczeni, w milczeniu zapychaliśmy puste żołądki. Smutne miny, bo w planie jeszcze dużo a nikomu już nic się nie chce.

Na moje pytanie: Co robimy dalej? Jednogłośna odpowiedź: Wracajmy do domu!

I wróciliśmy. W drodze powrotnej ta sama komedia. Korki, nerwy, smród… Ale to nic. Byle do domu.

Po drodze czas rozmów i refleksji. Wnioski wszystkich uczestników wycieczki takie same: Nigdy więcej! Jak tak można żyć? Zgiełk, tłok, korki, brak zieleni i czystego powietrza. I te ceny! Ile trzeba zarabiać, żeby tak przeżyć? To nie dla nas, nie dla mnie. Mimo licznych atrakcji i w dzień i w nocy, nic mnie nie przekona do życia w Warszawie lub w innym dużym mieście. Być może to kwestia przyzwyczajenia ale dobrowolnie nie zdecydowałabym się na takie życie. Życie w ciągłym pędzie, bez sąsiedzkich przyjaźni, bliskości życzliwych ludzi, bez „Dzień dobry”, bo nikogo nie znasz. Zamykasz drzwi i żyjesz w swojej „klatce”, w swoich czterech ścianach. Mieszkanie, jeżeli pracujesz, to tylko sypialnia. Cały dzień poza nim – w pracy lub w korkach. Kiedy żyć? W weekendy? Wtedy chce się tylko odpoczywać po całotygodniowej szarpaninie.

Jak dla mnie: Nie, dziękuję! Nie skorzystam!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

six − 5 =

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.