Wieś nie taka sielska i anielska

Są niewątpliwe uroki mieszkania na wsi, ale są też rzeczy, który podnoszą nam ciśnienie.

Kocham wieś. Na wsi się urodziłam, dorastałam i osiedliłam po ślubie. To już trzecia wieś, na jakiej mieszkam i szczerze powiem, że wszędzie jest bardzo podobnie. Są niewątpliwe uroki mieszkania na wsi, ale są też rzeczy, który podnoszą nam ciśnienie.

Nieprzyjemne zapachy

Gdy ktoś przenosi się na wieś, to marzy o czystym świeżym powietrzu. Tu można się rozczarować. Wiosną wywożony jest naturalny obornik na okoliczne pola. Wprawdzie w przepisach jest jasno napisane, że powinien on być przyorany tego samego dnia, ale nie zdarzyło się, żeby jakiś wielkoobszarowy rolnik tym przepisem się zbytnio przejmował. Bywa, że kilka dni nie da się otworzyć okna, wywiesić prania czy pościeli. Nawet oddychać trudno. I to wtedy właśnie, gdy chce się nacieszyć wiosennym powietrzem. Drugi rodzaj zapachów i to bardzo niebezpieczny, to opryski. Rolnicy nie oszczędzają. Chyba chcą dorównać zachodnim kolegom po fachu. Przerażające ile chemii jest aplikowanej roślinom, co później my dostajemy razem z żywnością.

Wścibscy sąsiedzi

Na wsi nikt nie pozostaje anonimowy. Wszyscy wszystkich znają. Choćby postawić dwumetrowy mur, to i tak wszyscy wszystko o nas wiedzą, a czego nie wiedzą, to sobie wymyślą, dopowiedzą. Fajnie, gdy trafi się na taktownych sąsiadów. Gdy jednak trafi się sąsiadka, która w kontaktach międzyludzkich jest nadgorliwa, to mamy problem. Będzie chciała uszczęśliwić nas na siłę ciastkiem, sadzonkami roślin, dobrą radą. Niezręczna sytuacja, bo wypadałoby być wdzięcznym, podczas gdy czujesz się w potrzasku nachalnej sąsiadki. Ja na jakiś czas odłączyłam dzwonek przy furtce, żeby nie słyszeć, gdy dzwoni, a furtka była zawsze zasunięta. Nie dawałam nikomu numeru telefonu. Za którymś razem, gdy nie udało mi się ukryć, przeprosiłam za „zepsuty” dzwonek. Rozmawiałam z nią przez zasuniętą furtkę, tłumacząc, że nie mam przy sobie klucza. Wytłumaczyłam, że jestem bardzo zajęta i gdy się uporam z robotą, to wpadnę do niej na kawę. Chyba zrozumiała, bo do dzisiaj mam spokój.

Głośne biesiady

Ognisko, grill, to na wsi codzienność. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie uszczęśliwianie wszystkich dookoła ulubioną przez siebie muzyką. I tak, prawie każdego ciepłego wieczora, jest koncert disco polo, kawałki weselne itp. Z każdej strony inny kawałek, aż w głowie pulsuje. Do tego bełkoczące głosy biesiadników, przeplatane łaciną, które wieczorem niosą się na kilkaset metrów. Na wsi cisza nocna praktycznie nikogo nie obowiązuje. Ludzie potrafią bawić się do białego rana. Wprawdzie zawsze można taką sytuację zgłosić na policję, ale na życzliwość biesiadników nie ma co liczyć. A uwierzcie, że wcześniej czy później wszyscy się dowiedzą, kto zrobił donos.

Z pewnością coś jeszcze każdy dodałby od siebie. Mimo opisanych uciążliwości i tak nie zrezygnuję z życia na wsi. Plusów jest więcej niż minusów, a drażliwe sytuacje krótkotrwałe i przejściowe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

nineteen − 5 =

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.